Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - Niebo Heech�w

NIEBO HEECH�W



    W czasie ca�ej podr�y Lurvy nie mog�a zapomnie� o zagmatwanym szarym wzorze widocznym w wizjerze. Nie by�o to co�, co da�oby si� rozpozna�, ale widzia�a to ju� wcze�niej - ogl�da�a przez d�ugie nie ko�cz�ce si� miesi�ce.
    W drodze do Nieba Heech�w, kiedy lecieli z pr�dko�ci� wi�ksz� od �wiat�a, byli kompletnie sami. Wszech�wiat wok� nich by� pusty, z wyj�tkiem ziarnistej, przemieszczaj�cej si� szaro�ci. To oni byli wszech�wiatem. Nawet w d�ugiej podr�y do Fabryki Po�ywienia nie byli tacy samotni. Tam mieli chocia�by gwiazdy. Albo planety. W przestrzeni tau, czy te� w jakiej� innej zwariowanej przestrzeni, przez kt�r� lata�y statki Heech�w, czy pod kt�r� nurkowa�y lub okr��a�y, nie by�o nic. Ostatni raz Lurvy znajdowa�a si� w takiej pustce w czasie swoich misji z Gateway. Nie wspomina�a tego mi�o.
    Ten statek by� znacznie wi�kszy ni� wszystkie, jakie dotychczas widzia�a. Najwi�ksze statki na Gateway przeznaczone by�y dla pi�ciu os�b. W tym zmie�ci�oby si� dwadzie�cia, je�li nie wi�cej. Sk�ada� si� z o�miu oddzielnych pomieszcze�. Trzy przeznaczone na �adunki, jak im wyja�nia� Wan, automatycznie nape�nia�y si� produktami Fabryki Po�ywienia podczas dokowania statku. Dwa wygl�da�y jak luksusowe kabiny, lecz nie dla ludzi. Je�li „koje", kt�re wystawa�y ze �ciany, faktycznie by�y kojami, to i tak nie mog�y pomie�ci� doros�ego cz�owieka. Jedno pomieszczenie Wan traktowa� jako swoje - zaprosi� Janine, by z nim zamieszka�a. Kiedy sprzeciwi�a si� temu Lurvy, zmartwi� si�, ale nie nalega� dalej. Towarzystwo si� rozdzieli�o - m�czy�ni zamieszkali oddzielnie, kobiety oddzielnie. Najwi�ksze pomieszczenie, znajduj�ce si� w matematycznym �rodku statku, mia�o kszta�t cylindra ze spiczastymi ko�cami. Nie mia�o ani pod�ogi, ani sufitu - nic za wyj�tkiem trzech siedze� przymocowanych do powierzchni przed pulpitem sterowniczym. Poniewa� powierzchnia ta by�a zakrzywiona, siedzenia zbli�a�y si� do siebie. Mia�y bardzo prosty kszta�t, do kt�rego Lurvy zd��y�a si� przyzwyczai� w czasie wielomiesi�cznej podr�y.
    - W statkach z Gateway rozci�gamy nad nimi siatk� - zauwa�y�a.
    - Co to jest „siatka"? - spyta� Wan, a gdy mu wyja�nili, stwierdzi�: - �wietny pomys�. Zrobi� to w czasie nast�pnej podr�y. Mog� ukra�� troch� materia��w od Starc�w.
    Tak jak we wszystkich statkach Heech�w pulpit sterowniczy by� prawie automatyczny. W rz�dzie znajdowa�o si� kilkana�cie karbowanych k�, a przy ka�dym widnia�y kolorowe �wiat�a. Gdy pokr�cono ko�ami (co nie znaczy, �e ktokolwiek m�g�by je przekr�ci� podczas lotu - to uwa�ano jednoznacznie za samob�jstwo), �wiat�a zmienia�y kolor oraz intensywno��, i pojawia�y si� jaskrawe i ciemne pasma niczym linie widma. Oznacza�y ustawienie kursu. Nawet Wan nie potrafi� ich odczyta�, a tym bardziej Lurvy i pozostali. Ale od czasu pobytu Lurvy na Gateway wielkie m�zgi, cz�sto za cen� �ycia poszukiwaczy, zgromadzi�y poka�n� porcj� informacji. Niekt�re kolory oznacza�y szans� na co�, o co warto by�o si� pokusi�. Inne odnosi�y si� do d�ugo�ci podr�y przy danym kursie. Inne jeszcze - a by�o ich sporo - okre�lano negatywnie, gdy� �aden statek, kt�ry z takimi ustawieniami wystartowa� w przestrze� szybsz� od �wiat�a, nie powr�ci�. Przynajmniej nie na Gateway. Z przyzwyczajenia, a tak�e dlatego, �e takie by�y instrukcje, Lurvy fotografowa�a ka�d� fluktuacj� �wiate� kontrolnych i wizjera, nawet je�li ekran nie pokazywa� niczego, co uzna�a by za warte sfotografowania. W godzin� po opuszczeniu Fabryki Po�ywienia gwia�dziste wzory zacz�y si� kurczy� do migoc�cego jaskrawego punkcika �wiat�a. Osi�gn�li pr�dko�� �wiat�a. A potem nawet i on znikn��. Ekran ukazywa� jakby szare b�oto rozbryzgane kroplami deszczu i taki obraz ju� pozosta�.
     Dla Wana statek by� po prostu dobrze znanym autobusem szkolnym, z kt�rego korzysta�, by je�dzi� w t� i z powrotem od chwili, kiedy by� na tyle du�y, by m�c nacisn�� guzik startu. Paul nigdy przedtem nie by� w prawdziwym statku Heech�w, wi�c przez wiele dni czu� si� nieswojo. Dla Janine te� by� to pierwszy lot, ale takie niezwyk�e wydarzenia sta�y si� ju� czym� powszednim w jej czternastoletnim �yciu. Inaczej odbiera�a to Lurvy. Ten pojazd by� powi�kszon� wersj� statk�w, w kt�rych zdoby�a swoje bransolety podr�ne i dlatego by�a pe�na obaw.
    Nie potrafi�a przezwyci�y� tego strachu. Nie mog�a przekona� samej siebie, �e ta podr� to prawie to samo, co regularny rejs promu. Nadmiar strachu pozosta� w niej od czas�w, kiedy par�a w nieznane jako poszukiwacz z Gateway. Miota�a si� po obszernym - wzgl�dnie obszernym wn�trzu (prawie sto pi��dziesi�t metr�w sze�ciennych) i zamartwia�a si�. Jej uwag� przyci�ga� tylko zabryzgany b�otem obraz w wizjerze. By� te� b�yszcz�cy z�oty romb wi�kszy od cz�owieka, kt�ry, jak uwa�ano, zawiera� ponad�wietlne silniki. Wiedziano tylko, �e eksploduje w przypadku pr�b otwarcia. By�a te� krystaliczna, szklana spirala, kt�ra od czasu do czasu si� nagrzewa�a (nikt nie wiedzia� dlaczego) i rozb�yskiwa�a malutkimi, gor�cymi plamkami promieniowania na pocz�tku i na ko�cu ka�dej podr�y, a tak�e w innych wa�nych momentach.
     Takiego w�a�nie momentu wyczekiwa�a. I kiedy, dok�adnie dwadzie�cia cztery dni, pi�� godzin i pi��dziesi�t sze�� minut od chwili wyruszenia z Fabryki Po�ywienia z�ota spirala zamigota�a i zacz�a si� roz�wietla�, wyrwa�o si� jej g��bokie westchnienie ulgi.
    - Co si� dzieje? - zapiszcza� podejrzliwie Wan.
    - Jeste�my w po�owie drogi - powiedzia�a odnotowuj�c czas w dzienniku pok�adowym. - To punkt obrotu. Na statkach z Gateway wszyscy czekaj� na ten moment. Je�li za�oga docieraj�c do po�owy drogi zu�yje �wier� zapas�w, wie, �e niczego jej nie zabraknie i �e nie umrze z g�odu w drodze powrotnej.
    - Nie ufasz mi - obruszy� si� Wan. - My nie umrzemy z g�odu.
    - Cz�owiek ma lepsze samopoczucie, kiedy wie co� takiego na pewno - u�miechn�a si�, ale potem u�miech znik� z jej twarzy, bo pomy�la�a o tym, co te� ich mo�e czeka� pod koniec podr�y.
    Starali si� wi�c jako� �y�, najlepiej jak tylko mogli, cho� dzia�ali sobie wzajemnie na nerwy tysi�c razy na dzie�. Paul nauczy� Wana gra� w szachy, �eby odci�ga� jego my�li od Janine. Wan cierpliwie - a p�niej z coraz wi�ksz� niecierpliwo�ci� - powtarza� ci�gle od nowa wszystko, co potrafi� im powiedzie� o Niebie Heech�w i jego mieszka�cach.
    Spali, ile si� da�o. M�odzie�cza krew Wana, kt�ry spa� w siatce zabezpieczaj�cej obok Paula, wrza�a. Rzuca� si� i przewraca� w trakcie przypadkowych, niewielkich przy�piesze� statku, marz�c o chwili, gdy znajdzie si� sam i b�dzie m�g� robi� te rzeczy, kt�rych, jak si� zorientowa�, nie wolno robi�, kiedy si� nie jest samemu, albo marz�c o tym, �eby nie by� sam, ale z Janine i �eby m�c robi� te fajne rzeczy, kt�re opisywa� mu Ma�y Jim i Henrietta. Wiele razy pyta� Henriett�, jaka jest rola kobiety w sp�kowaniu. Na to zawsze odpowiada�a, nawet je�li nie chcia�a rozmawia� na inne tematy, ale nigdy w spos�b, kt�ry by Wana satysfakcjonowa�. Cho�by nawet zaczyna�a spokojnie, ko�czy�o si� zawsze na �zach i gadaniu o obrzydliwych zdradach jej m�a z t� kurw�, Doris.
     Nawet nie wiedzia�, czym kobieta r�ni si� fizycznie od m�czyzny. Nie pomaga�y mu w tym obrazki czy s�owa. Pod koniec podr�y ciekawo�� zwyci�y�a i b�aga� Janine czy Lurvy, �eby cho� jedna z nich pozwoli�a mu to sprawdzi� na w�asne oczy, nawet bez dotykania.
    - Po co, ty spro�niaczku? - brzmia�a diagnoza Janine. Nie by�a z�a. U�miecha�a si�. - Poczekaj troch�, ch�opcze, przyjdzie i na ciebie pora.
    Ale Lurvy wcale nie uwa�a�a, �e to zabawne i kiedy Wan odszed� niepocieszony, odby�a z siostr� d�ug� jak na nie rozmow�. D�u�szej Janine ju� by nie znios�a.
    - Droga Lurvy - powiedzia�a w ko�cu. - Wiem, �e mam tylko pi�tna�cie lat. No, prawie. A Wan jest niewiele starszy. Wiem, �e nie chc� zaj�� w ci���, kiedy podr� do doktora zaj�a by mi cztery lata, a na dodatek wisi nad nami co� i jeszcze nie wiemy, jak sobie z tym czym� poradzimy. To wszystko wiem. Ty widzisz we mnie tylko smarkacza. Owszem, jestem smarkaczem. Ale m�drym. Kiedy m�wisz co�, czego warto pos�ucha�, s�ucham. Wi�c odwal si� kochanie.
    Ruszy�a za Wanem z pewnym siebie u�miechem, ale po chwili zatrzyma�a si� wr�ci�a, by uca�owa� Lurvy.
    - Ty i tata doprowadzacie mnie do sza�u. Ale kocham was bardzo mocno, i Paula te�.
    Lurvy zdawa�a sobie spraw�, �e za to nale�y wini� nie tylko Wana. Wszyscy wydzielali bardzo silny zapach. Po�r�d potu i odchod�w by�o dosy� feromon�w, by nape�ni� chuci� wykastrowanego mnicha, nie m�wi�c ju� o wra�liwym, dziewiczym jeszcze ch�opaku. I to te� nie tylko wina Wana, wr�cz przeciwnie. Gdyby nie jego up�r, nie zabraliby ze sob� tyle wody i mogli by� jeszcze brudniejsi i bardziej �mierdz�cy ni� po tym racjonowanym przemywaniu si� g�bk�. W zasadzie wyruszyli z Fabryki Po�ywienia zbyt pochopnie. Payter mia� racj�. Co dziwne, Lurvy zda�a sobie spraw�, �e brakuje jej staruszka. Ze statkiem nie mieli �adnej ��czno�ci. Co te� porabia? Czy dobrze si� czuje? Musieli zabra� fragment bioanalizatora - mieli tylko jeden, a czw�rce ludzi by� bardziej potrzebny ni� jednemu. Ale to te� nie by�a do ko�ca prawda, poniewa� bez mo�liwo�ci pod��czenia do komputera pok�adowego le�a� w postaci b�yszcz�cej, nieruchomej kuli i tak mia� pozosta�, a� z Nieba Heech�w nawi��� kontakt radiowy z Ver�. A co tymczasem porabia ojciec?
     Mo�e to dziwne, ale Lurvy kocha�a staruszka i uwa�a�a, �e on to uczucie odwzajemnia. Dawa� mu wyraz w ka�dy mo�liwy spos�b, tyle �e bez s��w. To jego pieni�dze i ambicja zapewni�y im wszystkim udzia� w tej wyprawie. Wyskrobuj�c resztk� forsy, a mo�e i ambicji, wykupi� dla nich akcje uczestnik�w. Ale przede wszystkim to jego pieni�dze pokry�y lot na Gateway. A kiedy nic nie wygra�a stawiaj�c wszystko co mia�a - nie czyni� jej �adnych wyrzut�w. W ka�dym b�d� razie nie wprost i nie za du�o.
    Po sze�ciu tygodniach lotu nowym statkiem, Lurvy w ko�cu si� do niego przyzwyczai�a. Nawet si� w nim dobrze czu�a nie zwa�aj�c na smr�d, z�o�� i niepokoje w za�odze. Przynajmniej dop�ki nie my�la�a za wiele o wyprawach, dzi�ki kt�rym zdoby�a pi�� bransolet podr�nych. Zwi�zane z nimi wspomnienia nie nie nale�a�y do mi�ych.
    Pierwsza wyprawa Lurvy zako�czy�a si� kompletnym fiaskiem. Czterna�cie miesi�cy w t� i z powrotem, �eby wyl�dowa� na orbicie planety, kt�r� wypali� doszcz�tnie wybuch Nowej. Mo�e i kiedy� co� tam by�o. Ale gdy zjawi�a si� Lurvy - potwornie osamotniona, gadaj�ca do siebie przez ca�y czas, nie by�o tam ju� nic. To j� wyleczy�o z samotnych lot�w i potem polecia�a Tr�jk�. Nie by�o wcale lepiej.
    ï¿½adna z nast�pnych wypraw nie okaza�a si� lepsza. Na Gateway wszyscy j� znali - sta�a si� przedmiotem zainteresowania - nie pobita rekordzistka liczby lot�w przy minimalnym zysku. Niezbyt przyjemny to zaszczyt, ale najgorsza by�a ostatnia wyprawa.
    Zako�czy�a si� wr�cz tragicznie.
    Zanim jeszcze dotarli do celu, przebudzi�a si� z nerwowego, niespokojnego snu i zobaczy�a co� przera�aj�cego. Jej przyjaci�ka unosi�a si� zakrwawiona obok niej, druga kobieta, te� martwa, znajdowa�a si� w pobli�u, a dwaj m�czy�ni stanowi�cy pozosta�� cz�� za�ogi Pi�tki, wrzeszcz�c pr�bowali si� wzajemnie wymordowa� w walce wr�cz.
    Przepisy Korporacji przewidywa�y podzia� zysk�w z wyprawy mi�dzy wszystkich �ywych uczestnik�w. Jej towarzysz, Stratos Kristianides, postanowi� by� jedynym kt�ry wr�ci �ywy.
    Ale nie prze�y�. Przegra� walk� z drugim cz�onkiem za�ogi i zarazem kochankiem Lurvy, Hectorem Possanbee. Zwyci�zca oraz Lurvy wyszli na zewn�trz statku, ale niczego nie znale�li, opr�cz gazowego giganta. Sm�tnej binarnej gwiazdki klasy M. I nie by�o �adnego bezpiecznego sposobu, by dotrze� do jedynej mo�liwej do wy�ledzenia planety w rodzaju pot�nego, pokrytego metanem Jupitera.
    Lurvy wr�ci�a potem na Ziemi� jak z�ojony pies, nie maj�c przed sob� �adnej przysz�o�ci. Szans� da� jej dopiero Payter i nie liczy�a na to, �e trafi si� jej nast�pna. Ponad sto tysi�cy dolar�w wydanych na jej wypraw� na Gateway uczyni�o niez�e spustoszenie w zasobach, kt�re zgromadzi� w ci�gu sze��dziesi�ciu czy siedemdziesi�ciu lat �ycia. Lurvy nawet nie wiedzia�a, ilu dok�adnie. I zawiod�a go. Zreszt� nie tylko jego. W dodatku by�a pewna, �e dzi�ki swej dobroci, cho� mia� prawo j� nienawidzie�, Payter naprawd� j� kocha�. Kocha� te� mi�ego, t�pawego Paula i g�uptasa Janine. W jaki� spos�b kocha� ich wszystkich.
    A tak niewiele z tego mia�.
    Potar�a smutno swe bransolety. Wiele kosztowa�o ich zdobycie.
    Niepokoi�a si� o ojca. Niepokoi�o j� to, co na nich czeka.
    Kiedy kocha�a si� z Paulem, czas mija� szybciej - wtedy, kiedy stwierdzili, �e przez jaki� kwadrans nie musz� pilnowa� m�odych. Dla Lurvy to nie by�o to samo, co kocha� si� z Hectorem, m�czyzn�, kt�ry prze�y� razem z ni� ostatni� wypraw� z Gateway, i kt�ry prosi� by za niego wysz�a. M�czyzn�, kt�ry prosi�, by z nim raz jeszcze wyruszy�a i by razem z nim chcia�a zbudowa� wsp�lne �ycie. Niewysoki, pot�ny, zawsze czynny, zawsze w pogotowiu, w ��ku jak dynamit, dobry i cierpliwy, gdy by�a rozdra�niona, chora czy przera�ona. By�o sto powod�w, dla kt�rych powinna by�a wyj�� za Hectora. I tylko jeden, dla kt�rego tego nie zrobi�a.
     Kiedy zosta�a wyrwana z tego okropnego snu na statku, zobaczy�a, �e Hector i Stratos ze sob� walcz�. Stratos zmar� na jej oczach. Hector wyja�ni� jej, �e Stratos oszala� i pr�bowa� ich wszystkich wymordowa� w czasie snu. Niew�tpliwie jeden z m�czyzn pr�bowa� wymordowa� swoich wsp�towarzyszy.
    Ale do ko�ca nie mia�a pewno�ci, kt�ry z nich.
    O�wiadczy� si� jej, gdy sprawy wygl�da�y kiepsko, ponuro, dzie� przed dotarciem do Gateway, w drodze powrotnej z tej tragicznej wyprawy.
    - Naprawd� dobrze nam ze sob�, Doremo - powiedzia�, obejmuj�c j� i staraj�c si� pocieszy�. - Tylko my i nikogo wok�. Chyba nie zni�s�bym tu nikogo wi�cej. Nast�pnym razem b�dziemy mieli wi�cej szcz�cia. Wi�c prosz� ci� pobierzmy si�.
    Wtuli�a brod� w jego twarde, ciep�e rami� czekoladowego koloru.
    - Musz� to przemy�le� - odpar�a, czuj�c jak d�o� kt�ra zabi�a Stratosa, g�adzi j� z ty�u po szyi.
    Tak wi�c Lurvy wcale si� nie zmartwi�a, kiedy podr� dobieg�a ko�ca i Janine wywo�a�a j� z kokonu ca�a szcz�liwa i podniecona - wielka szklana spirala wype�ni�a si� gor�cymi plamkami strzelaj�cego z�otego �wiat�a. - Statek ko�ysa� si� nier�wnomiernie z boku na bok. Rozbe�tane szare b�oto znikn�o z wizjera, a w jego miejsce pojawi�y si� gwiazdy. A tak�e co� wi�cej. By� tam obiekt, kt�ry po�yskiwa� niebieskawo po�r�d niesprecyzowanej szaro�ci. Mia� kszta�t cytryny, obraca� si� powoli i Lurvy nie potrafi�a okre�li� jego rozmiar�w a� do chwili, gdy dostrzeg�a, �e jego powierzchnia nie jest jednostajnie r�wna. Tu i �wdzie wida� by�o niewielkie wybrzuszenia, a najmniejsze z nich rozpozna�a jako statki podobne do statk�w na Gateway: Jedynki i Tr�jki, a nawet jedn� Pi�tk�. Cytryna musia�a mie� ponad kilometr d�ugo�ci! Wan, u�miechaj�c si� dumnie, usadowi� si� w �rodkowym fotelu pilota (wype�nili go zb�dnymi szmatami, co jemu nigdy nie przysz�o do g�owy) i chwyci� za r�czki ster�w l�downika. Lurvy ba�a by si� ich dotkn��. Ale Wan dokonywa� tego w�a�nie manewru przez ca�e swoje �ycie. Z naturaln� swobod� sprowadzi� statek w d� spiral�, kt�r� wpasowa�a si� w powolny obr�t szarej cytryny, umie�ci� go w jednym z wolnych otwor�w, zadekowa�, zablokowa� i rozejrza� si� w oczekiwaniu na aplauz. Dotarli do Nieba Heech�w.
     Fabryka Po�ywienia mia�a rozmiary drapacza chmur, ale ten obiekt stanowi� ju� �wiat sam w sobie. Mo�e kiedy� by� to asteroid, tak jak Gateway, ale zosta� tak ociosany i przekszta�cony, �e nie mo�na by�o rozpozna� jego pierwotnej formy. By�y to ca�e kilometry sze�cienne masy. Wiruj�ca g�ra! Tyle do zbadania! Tak wiele rzeczy do poznania.
    I tyle rzeczy, kt�re mog� napawa� l�kiem. Skradali si� starymi korytarzami, a w�a�ciwie przyklejali si� do �cian. Lurvy u�wiadomi�a sobie, �e kurczowo trzyma si� d�oni m�a. Paul odwzajemnia� jej u�cisk. Musia�a si� zmusi�, by rozgl�da� si� wok� i �wiadomie rejestrowa�, to co widzi, wyci�ga� z tego jakie� wnioski. W bocznych �cianach bieg�y �y�eczki b�yszcz�cej purpury, nad g�ow� po�yskiwa� dobrze znany niebieski metal Heech�w. Na pod�odze - i by�a to prawdziwa pod�oga, odczuwali sw�j ci�ar, cho� nie przekracza� jednej dziesi�tej ziemskiego - sta�y owalne kopce z czym�, co przypomina�o ziemi� z ro�linami.
    - To jagody - rzuci� przez rami� Wan z dum� w g�osie i ruszy� w kierunku krzaczka wysoko�ci dziecka. Mi�dzy jego szmaragdowymi li��mi wisia�y w�ochate owoce. - Je�li chcecie, mo�emy si� na chwil� zatrzyma� i kilka zje��.
    - Ale nie teraz - odpar�a Lurvy. Kilkana�cie krok�w dalej wzd�u� korytarza znajdowa� si� klomb z ro�linami - te mia�y blaszkowate zielone w�sy i mi�kkie, zgniecione p�czki podobne do kalafior�w. - A to co?
    Zatrzyma� si� i spojrza� na ni�. Co za g�upie pytanie, pomy�la�.
    - Nie nadaj� si� do jedzenia - pisn�� pogardliwie. - Spr�buj jag�d, s� ca�kiem smaczne.
    Zatrzymali si� tam, gdzie schodzi�y si� dwa korytarze pod�wietlone na czerwono, z kt�rych jeden przechodzi� w niebieski. Zdj�li br�zowo-zielon� mechat� sk�rk� z jag�d i zabrali si� za soczysty mi��sz - z pocz�tku bardzo ostro�nie, a potem z coraz wi�ksz� przyjemno�ci�. W tym czasie Wan obja�nia� im topografi� Nieba Heech�w. Znajdowali si� w obszarze czerwonym - tutaj by�o najlepiej. Tu by�o jedzenie i dobre miejsce do spania. Tutaj tak�e znajdowa� si� statek, a Starcy nigdy si� tu nie zapuszczali. Ale czy nigdy nie opuszczaj� miejsc, w kt�rych normalnie przebywaj� w poszukiwaniu jag�d? Oczywi�cie, robi� to, ale tutaj nie docieraj� (jego g�os wzni�s� si� o p� oktawy). Co� takiego jeszcze si� nigdy nie zdarzy�o. Tam jest obszar niebieski. �ciszy� g�os. Starcy przychodz� tam do�� cz�sto, przynajmniej w niekt�re rejony. Ale to martwa strefa. Gdyby nie to, �e jest tam pok�j Zmar�ych, nigdy by tam nie chodzi�. A Lurvy, kt�ra zerkn�a w korytarz wskazany przez Wana, przeszy� dreszcz na my�l, jakie to wszystko stare. Przypomina�o jej Stonehenge, Giz� czy Angkor. Nawet sufity by�y tam ciemniejsze, a ro�liny rzadsze, kar�owate. Zielony obszar jest w porz�dku, ci�gn�� Wan. Ale nie wszystko tam dzia�a. Nie funkcjonuj� �r�d�a wody. Ro�linno�� wymar�a. A w z�otym...
    Ca�a jego rado�� prys�a, kiedy zacz�� m�wi� o z�otym. Tam w�a�nie mieszkali Starcy. Gdyby nie to, �e czasami potrzebowa� ksi��ek czy ubra�, nigdy by tam nie poszed�, chocia� Zmarli zawsze go do tego namawiali. Nie lubi� natyka� si� na Starc�w.
    - Ale obawiam si�, �e nie ma innego wyj�cia - Paul musia� odchrz�kn��, �eby wydoby� z siebie g�os.
    - Po co - pisn�� ch�opak. - Nie warto!
    - Co si� sta�o, Wan? - spyta�a ciep�o Lurvy, k�ad�c d�o� na ramieniu ch�opca i obserwuj�c wyraz jego twarzy. Jego uczucia zawsze w spos�b bardzo ekspresyjny malowywa�y si� na twarzy. Nie mia� dotychczas potrzeby rozwin�� w sobie umiej�tno�ci udawania i skrywania uczu� oraz emocji.
    - Czego� si� musia� przestraszy� - zauwa�y� Paul.
    - Nie jestem przestraszony - odpar� Wan. - Ty nie wiesz, co tam jest. Do z�otego nie ma po co i��.
    - M�j drogi ch�opcze - zacz�a Lurvy. - Chodzi o to, �e warto zaryzykowa�, aby dowiedzie� si� czego� wi�cej o Heechach. Nie wiem, czy potrafi�abym ci wyja�ni�, jakie to ma dla nas znaczenie, ale musimy to zrobi�, chocia�by dlatego, �e mamy za to dosta� pieni�dze, du�o pieni�dzy.
    - On nie wie, co to s� pieni�dze - niecierpliwie przerwa� jej Paul. - S�uchaj uwa�nie, Wan. Zrobimy tak. Powiesz nam, jak mo�emy w bezpieczny spos�b zbada� z�ote korytarze...
    - Ca�� czw�rk� nie damy rady. Ale jedna osoba sobie poradzi, to znaczy ja - pochwali� si�. By� teraz z�y i wcale tego nie ukrywa�. Znowu Paul! Wan �ywi� do niego mieszane uczucia, Ale przewa�nie nie my�la� o nim zbyt pochlebnie. Kiedy Paul przemawia� do Wana, to starannie, wr�cz pogardliwie dobiera� s�owa, jakby uwa�a�, �e Wan nie jest dostatecznie bystry, by je poj��. Kiedy Wan by� z Janine, Paul zawsze znajdowa� si� gdzie� w pobli�u. Je�li Paul mia�by by� przyk�adem modelowego m�czyzny, Wan wcale nie czu�by si� dumny, �e jest jednym z nich.
    - Nieraz ju� chodzi�em do z�otego - pochwali� si�. - Czy to po ksi��ki, czy po jagody, albo �eby sobie popatrze�, co te� Starcy wyprawiaj�. Oni s� zabawni! I w�a�ciwie wcale nie s� g�upi. Ja mog� tam p�j��. Jedna osoba mo�e, a nawet dwie. Ale je�li p�jdziemy wszyscy, to na pewno nas zauwa��.
    - I co wtedy? - spyta�a Lurvy.
    Wan wzruszy� bezradnie ramionami. Nie zna� odpowiedzi na to pytanie, pami�ta� tylko, �e jego ojca napawa�o przera�eniem.
     - W�a�ciwie nie s� interesuj�cy - powt�rzy�, przecz�c samemu sobie.
    Janine obliza�a palce i rzuci�a puste sk�rki jag�d pod krzaczek..
    - Ale� wy ci�ko my�licie - westchn�a. - Wan, dok�d Ci starcy przychodz�?
     - Dochodz� tylko do kraw�dzi z�otego. Czasem zapuszczaj� si� w niebieski czy zielony.
    - No wi�c dobrze, skoro tak bardzo lubi� jagody, a ty znasz miejsce, do kt�rego prawdopodobnie przyjd�, mo�e po prostu zostawimy tam kamer�. Wtedy my b�dziemy ich ogl�dali, a oni nas nie zobacz�.
    - �wietny pomys� - Wan pisn�� tryumfalnie. - Widzisz, Lurvy, �e nie potrzeba tam chodzi�. Janine ma racj�, tylko... - zawaha� si�. - Janine, co to jest kamera?
    Kiedy posuwali si� naprz�d, Lurvy musia�a zbiera� si�y do przej�cia ka�dego kolejnego skrzy�owania, ale nie mog�a si� powstrzyma�, �eby nie zerka� w g��b przecznic, kt�re mijali. Nie wiedzieli ani nie s�yszeli niczego, co by si� rusza�o. By�o tam tak spokojnie jak w Fabryce Po�ywienia, kiedy stawiali w niej pierwsze kroki, i r�wnie niesamowicie. A mo�e nawet bardziej. Po�y�kowane �wiat�em �ciany, plamy ro�linno�ci, a przede wszystkim przera�aj�ca my�l, �e gdzie� w pobli�u mo�e znajdowa� si� �ywy Heech. Kiedy zostawili kamer� przy krzaku jag�d, w miejscu stykania si� obszaru zielonego, niebieskiego i z�otego, Wan kaza� im szybko i�� do pomieszczenia, w kt�rym mieszkali Zmarli. To by� cel zasadniczy - dotrze� do radia, kt�re zn�w po��czy�oby ich z reszt� �wiata. Nawet je�li t� reszt� �wiata jest tylko stary Payter, bez zapa�u szwendaj�cy si� po Fabryce Po�ywienia. Gdyby im si� to nie uda�o, nie mieliby w og�le po co zostawa�. Powinni wtedy wr�ci� na statek i ruszy� z powrotem. Nie by�o sensu prowadzi� dalszych poszukiwa�, je�li nie mogliby przekaza� informacji o tym, co znale�li.
    Wan, kt�rego odwaga wzrasta�a wprost proporcjonalnie do odleg�o�ci dziel�cej go od Starc�w, przeprowadzi� ich przez odcinek zielonego, kilka poziom�w w g�r� niebieskiego, a� doszli do szerokich, niebieskich drzwi.
    - Sprawd�my, czy dobrze dzia�a - powiedzia� robi�c wa�n� min� i st�paj�c na metalow� listw� przed drzwiami. Drzwi drgn�y i zaskrzypia�y, a nast�pnie otwar�y si� zgrzytliwie i Wan, zadowolony, wprowadzi� ich do �rodka.
    To miejsce wygl�da�o przynajmniej na zamieszka�e przez cz�owieka. Co dziwne, nawet pachnia�o cz�owiekiem, na pewno dlatego, �e Wan sp�dzi� tam tak wiele godzin swego kr�tkiego �ycia. Lurvy wzi�a od Paula jedn� z minikamer i opar�a j� sobie na ramieniu. Ta�ma przesun�a si� za obiektywem, rejestruj�c o�mioboczne pomieszczenie wraz z trzema rozwidlonymi siedzeniami Heech�w, z kt�rych dwa by�y po�amane, oraz poplamion� �cian�, na kt�rej widnia�y �lady urz�dze� Heech�w, czyli pasma kolorowego �wiat�a. Spoza �ciany dobiega� cichy, ledwie s�yszalny stukot i szum.
    - Tam �yj� Zmarli - skin�� r�k� Wan. - Je�li „�yj�" to odpowiednie s�owo - zachichota�.
    Lurvy skierowa�a kamer� na siedziska oraz znajduj�ce si� przed nimi karbowane ga�ki, a potem na kopulasty przedmiot z pazurami pod pobrudzon� �cian�. Si�ga� jej do piersi - sta� na mi�kkich, zgniecionych cylindrach, kt�re mog�y si� toczy�.
    - Co to jest?
    - Za pomoc� tego urz�dzenia Zmarli mnie czasami �api� - mrukn��. - Ale rzadko. Jest bardzo stare i jak si� zepsuje, ca�e lata si� naprawia.
    Paul obejrza� ostro�nie maszyn� i odsun�� si�.
    - W��cz swoich przyjaci� - poleci�.
    - Oczywi�cie, to nic trudnego - Wan by� ca�y dumny. - Przyjrzyj si� dok�adnie, �eby wiedzie�, jak to si� robi. - Usadowi� si� nonszalancko na jedynym nie po�amanym fotelu i pomy�la� chwil�, patrz�c na pulpit.
    - Wywo�am wam Ma�ego Jima - postanowi�, wystukuj�c co� na pulpicie. �wiat�a na poplamionej �cianie zamigota�y i zgas�y.
     - Obud� si�, Ma�y Jimie. Chc�, �eby� kogo� pozna�. Nie by�o odpowiedzi.
    Wan nachmurzy� si� i spojrza� przez rami� na pozosta�ych.
    - Ma�y Jimie! Odezwij si� natychmiast! - poleci�. �ci�gn�� wargi i splun�� na �cian�. Lurvy dowiedzia�a si� w ten spos�b jak powstaj� plamy, ale nic nie powiedzia�a.
    - Cze��, Wan! - przem�wi� zm�czony g�os nad ich g�owami.
    - No, teraz ju� lepiej - pisn�� Wan, u�miechaj�c si� do pozosta�ych. - S�uchaj, stary, opowiedz moim przyjacio�om co� ciekawego, bo zn�w na ciebie splun�.
    - By�oby mi mi�o, gdyby� okazywa� mi wi�cej szacunku - westchn�� g�os. - Ale dobrze, niech no si� zastanowi�. Na dziewi�tej planecie gwiazdy Saiphy istnieje stara cywilizacja. Rz�dzi ni� klasa usuwaczy g�wna, kt�ra sprawuje w�adz� usuwaj�c ekskrementy tylko z dom�w tych obywateli, kt�rzy s� uczciwi, przedsi�biorczy i nie zalegaj� z podatkami. W dniu ich najwa�niejszego �wi�ta, ku czci �wi�tego Gautamy, najm�odsza dziewica z ka�dej rodziny k�pie si� w oleju s�onecznikowym, wk�ada orzech mi�dzy z�by i rytualnie...
    - Ma�y Jimie czy ta historia jest prawdziwa? - przerwa� Wan.
     Zapad�a chwila milczenia.
    - Metaforycznie tak - Ma�y Jim spos�pnia�.
    - Jeste� bardzo g�upi - robi� mu wyrzuty Wan.
    - I wstyd mi przed moimi przyjaci�mi. Pos�uchaj. Jest tutaj Dorema Herter-Hall, do kt�rej mo�esz m�wi� Lurvy, i jej siostra, Janine Herter. A tak�e Paul. Przywitaj si� z nimi.
    Nast�pi�o d�ugie milczenie.
    - Czy to mo�liwe, �e tu s� jakie� inne istoty ludzkie? - zapyta� g�os pe�en w�tpliwo�ci.
     - Przecie� to ci w�a�nie powiedzia�em. Zapad�a kolejna d�uga chwila milczenia.
    - Do widzenia, Wan - przem�wi� ze smutkiem g�os i ju� si� wi�cej nie odezwa�, mimo g�o�nych polece� Wana i w�ciek�ego plucia na �cian�.
    - Czy on zawsze tak? - zamrucza� Paul.
    - Nie, nie zawsze. Ale potrafi te� zachowywa� si� gorzej. Spr�bowa� kogo� innego?
    - A jest kto� lepszy?
    - W�a�ciwie nie. Ma�y Jim jest najlepszy - przyzna� Wan.
    Paul za�amany zamkn�� oczy, a kiedy je otworzy�, spojrza� na Lurvy.
    - Cholera, wygl�da to na niez�e jaja. Wiesz, zaczynam dochodzi� do wniosku, �e tw�j ojciec mia� racj�. Trzeba by�o zosta� w Fabryce.
    Lurvy g��boko wci�gn�a powietrze.
    - No c�, nie zostali�my. Podejmiemy decyzj� po czterdziestu o�miu godzinach, dobrze?
    Jednak na d�ugo przed up�ywem czterdziestu o�miu godzin zdecydowali si� pozosta�. Przynajmniej na kr�tko. By�o w tym obiekcie za du�o r�nych rzeczy do zobaczenia, �eby stamt�d tak po prostu odlecie�.
    Nie bez znaczenia by� te� fakt, �e przez ponad�wietlne radio po��czyli si� z Payterem. Nikomu nie przysz�o do g�owy spyta� Wana, czy to, �e mo�e porozumie� si� z Niebem Heech�w z Fabryki Po�ywienia oznacza, �e mo�na nawi�za� ��czno�� w drugim kierunku. Okaza�o si�, �e mo�na. Wan nigdy nie mia� takiej potrzeby, bo i tak kto by odebra� jego telefon? Lurvy wyci�gn�a Janine, �eby pomog�a jej przynie�� ze statku troch� po�ywienia oraz kilka niezb�dnych rzeczy, bezskutecznie staraj�c si� opanowa� przygn�bienie. Ale kiedy wr�ci�y, Paul i Wan, pe�ni dumy i rado�ci obwie�cili, �e uda�o im si� nawi�za� ��czno��.
    - Jak si� czuje? - spyta�a Lurvy natychmiast.
    - Ach, chodzi ci o ojca? W porz�dku - odpar� Paul. - Chocia� g�os mia� nieco zrz�dliwy, pewnie doskwiera mu samotno��. Musia� przyj�� z milion r�nych wiadomo�ci - przes�a� je nam w przyspieszonej transmisji, wi�c mam je nagrane, ale odtworzenie zajmie nam z tydzie�.
    Pogrzeba� w rzeczach przyniesionych przez Janine i Lurvy, i odnalaz� narz�dzia, o kt�re prosi�. Zabra� si� za zestrajanie cyfrowego nadajnika obraz�w, aby wykorzysta� obwody ponad�wietlnego nadajnika g�osu.
    - Mo�emy przekazywa� tylko pojedyncze kadry - powiedzia�, przygl�daj�c si� urz�dzeniu do utrwalania obrazu na ta�mie. - Ale je�li zostaniemy tu d�u�ej, mo�e mi si� uda opracowa� system transmisji przyspieszonej. Na razie mamy g�os. Ach, by�bym zapomnia�, staruszek prosi�, �eby was uca�owa�.
    - A wi�c wygl�da na to, �e jeszcze tu troch� zostaniemy - stwierdzi�a Janine.
    - Trzeba zatem przynie�� ze statku wi�cej rzeczy - podchwyci�a siostra. - Wan, gdzie mamy spa�?
    Podczas gdy Paul dalej rozwi�zywa� problem ��czno�ci, Wan i obie kobiety przytaszczyli niezb�dne rzeczy do kilku pomieszcze� w korytarzach o czerwonych �cianach. Wan by� dumny, �e mo�e si� nimi pochwali�. W �cianach wmontowane by�y koje - wi�ksze ni� na statku - a nawet dostatecznie du�e, by m�g� w nich spa� Paul, pod warunkiem, �e zgi�� kolana. Znajdowa�o si� tam co�, co s�u�y�o za toalet�, cho� nie ca�kiem przystosowan� dla ludzi. By�y to po prostu b�yszcz�ce metalowe p�ytki w pod�odze, jak w �a�niach tureckich, nad kt�rymi trzeba by�o kucn��. By�o nawet miejsce do k�pieli, co� mi�dzy brodzikiem a bali�, skrzy�owanego z niewielkim wodospadem wyp�ywaj�cym ze �ciany. Kiedy si� wchodzi�o do �rodka, zaczyna�a lecie� letnia woda. Dzi�ki temu zacz�li pachnie� znacznie lepiej. Szczeg�lnie Wan k�pa� si� ostentacyjnie cz�sto, czasami zaczynaj�c si� rozbiera� do nowej k�pieli, zanim ostatnie krople z poprzedniej zd��y�y wyschn�� mu na szyi. Ma�y Jim powiedzia� mu, �e k�piel nale�y do dobrego tonu u ludzi dobrze wychowanych. Wan zauwa�y� te�, �e Janine k�pie si� regularnie. Lurvy przygl�da�a si� obojgu, pami�taj�c, jak trudno by�o zap�dzi� Janine do k�pieli w czasie d�ugiej podr�y z Ziemi, nie robi�a jednak �adnych uwag.
    B�d�c pilotem, czyli kapitanem, Lurvy mianowa�a siebie dow�dc� wyprawy. Zadaniem Paula by�o nawi�zanie i utrzymanie ��czno�ci z ojcem w Fabryce Po�ywienia oraz zaj�cie si� Zmar�ymi, w czym mia� mu pomaga� Wan. Janine, przy jej i Wana pomocy, mia�a si� zaj�� gospodarstwem, na przyk�ad praniem ich ubra� w balii. Wanowi, w asy�cie kogo�, kto w danej chwili mia� czas, poleci�a myszkowa� po bezpiecznych zakamarkach Nieba Heech�w; mia� robi� zdj�cia i filmy, kt�re przeka�e si� Payterowi, a nast�pnie na Ziemi�. Zwykle Wanowi towarzyszy�a Janine. Kiedy kto� inny by� wolny, rusza� z nimi jako przyzwoitka, ale rzadko.
     Janine, jak si� wydaje, to nie przeszkadza�o. Wci�� jeszcze odczuwa�a dreszcze emocji wywo�ane obecno�ci� Wana i nie �pieszy�o si� jej, by p�j�� dalej we wzajemnych kontaktach. Z wyj�tkiem sytuacji, gdy si� dotykali, albo kiedy przy�apywa�a go na tym, �e si� jej przygl�da. Albo kiedy widzia�a stwardnia�e wybrzuszenie pod jego poszarpan� sp�dniczk�. Ale nawet wtedy jej sny i marzenia by�y r�wnie niewinne, jak na tym pierwszym etapie, przynajmniej jak na razie. Bawi�a si� ze Zmar�ymi, pogryza�a jagody - zielony mi��sz w br�zowej sk�rce - wykonywa�a swoj� czarn� robot� i czeka�a, a� troch� podro�nie.
    Nikt si� w�a�ciwie nie sprzeciwia� w�adzy Lurvy, poniewa� stara�a si� zleca� podkomendnym zadania, kt�re ch�tnie wykonywali. Jej samej przypad�o w udziale niewdzi�czne zadanie przes�uchania polece� oraz sugestii Paytera i tych, kt�re nadesz�y z odleg�ej Ziemi.
    ï¿½ï¿½czno�� pozostawia�a wiele do �yczenia. Lurvy nie docenia�a pok�adowej Very do momentu, kiedy musia�a sobie poradzi� bez niej. Nie mog�a, na przyk�ad, zleci� przekazania w pierwszym rz�dzie najpilniejszych wiadomo�ci, bo nie by�o komputera, kt�ry m�g�by je posegregowa� tematycznie. Nie mia�a �adnego komputera, z wyj�tkiem w�asnej przeci��onej g�owy. Wiadomo�ci nadchodzi�y zupe�nie nieuporz�dkowane, wi�c kiedy na nie odpowiada�a, czy przekazywa�a raporty, kt�re mia�y zosta� przes�ane na Ziemi�, wcale nie by�a pewna, czy docieraj� tam, gdzie powinny.
    Ich zdaniem Zmarli s� zapisem pami�ci, reaguj�cym w bardzo ograniczony spos�b. Ich obwody w dodatku popl�ta�y si� podczas wst�pnej pr�by uzyskania ��czno�ci z Fabryk�, a do tego zadania nigdy nie by�y przeznaczone (ale co wiadomo o ich prawdziwym przeznaczeniu?). Wan by� dumny jak paw ze swej pozycji eksperta, a potem ze smutkiem przyzna�, �e Zmarli nie zachowuj� si� ju� tak jak powinni. Czasami wzywa� Ma�ego Jima, a ��czy� si� z Henriett�. Kiedy indziej z profesorem literatury angielskiej o nazwisku Willard. A raz trafi� na g�os, kt�rego nigdy przedtem nie s�ysza� - dr��cy szept na granicy s�yszalno�ci i ob��du.
     - Id� do z�otego! - skamla�a Henrietta, jak zawsze wzburzona, i bezpo�rednio po niej odzywa� si� ochryp�y tenor Ma�ego Jima. - Zabij�, ci�! Nie lubi� odmie�c�w!
    By�o to przera�aj�ce, zw�aszcza po tym, gdy Wan zapewnia� ich, �e Ma�y Jim zawsze by� najbardziej wra�liwym ze Zmar�ych. Lurvy ze zdziwieniem stwierdzi�a, �e nie potrafi si� ju� wi�cej ba�, bo wok� roi�o si� od rzeczy, kt�re napawa�y trwog� i przera�eniem, tak �e zd��y�a si� do nich przyzwyczai�. Jej obwody te� by�y przeci��one.
    A informacje? Na jedn� pi�ciominutow� przyspieszon� transmisj� sk�ada�o si� czterna�cie godzin r�nych wiadomo�ci. Polecenie od terminalu z Ziemi: „Przekaza� wszystkie ustawienia kontrolne na pulpicie wahad�owca. Postara� si� o pr�bki tkanek Heech�w - Starc�w. Zamrozi� i przechowa� li�cie, owoce i �odygi jag�d. Zachowa� maksymaln� ostro�no��". Kilka oddzielnych komunikat�w od jej ojca - by� samotny, nie czu� si� dobrze. Nie mia� odpowiedniej pomocy medycznej, poniewa� zabrali ze sob� przeno�ny bioanalizator. Ziemia bombardowa�a go stanowczymi poleceniami. Wiadomo�ci zawieraj�ce informacje z Ziemi by�y coraz liczniejsze: nap�yn�y ich pierwsze raporty, kt�re zosta�y zanalizowane i zinterpretowane, z czego wynik�y niezliczone sugestie program�w, kt�rymi mieli si� zaj��. Powinni przes�ucha� Henriett� pod k�tem jej znajomo�ci kosmologii. Pok�adowa Vera narobi�a z tym bigosu, a Vera-terminal nie mog�a nawi�za� ��czno�ci w odpowiednim czasie. Payter z kolei nie zna� si� dostatecznie na astrofizyce, by zada� w�a�ciwe pytania, wi�c teraz wszystko spad�o na nich. Mieli wypyta� Zmar�ych, czy pami�taj� co� na temat Gateway i swojej misji, je�eli w og�le co� pami�taj�. Ich zadaniem by�o dowiedzie� si�, jak �ywi poszukiwacze stali si� programami komputerowymi. Musieli w zasadzie zaj�� si� wszystkim, i to natychmiast. A prawie wszystkie zadania by�y niewykonalne - pr�bka tkanek Heech�w, te� co�! Kiedy przychodzi�a jaka� wiadomo��, kt�ra by�a zrozumia�a, osobista i nie zawiera�a �adnych polece�, cieszyli si� jak dzieci.
     Zdarza�y si� i niespodzianki. Opr�cz list�w od wielbicieli Janine i ci�g�ych pr�b o jak�kolwiek wiadomo��, je�liby natrafili na szcz�tki Trish Bover, by� te� i prywatny list do Lurvy od Robinette'a Broadheada.


    "Doremo, wiem, �e jeste� zawalona robot�. Twoja misja od pocz�tku by�a wa�na i ryzykowna, a teraz okazuje si� stokro� nawet wa�niejsza i bardziej niebezpieczna. Licz� jednak na to, �e do�o�ysz wszelkich stara�. Nie mam dostatecznych wp�yw�w, by wp�yn�� na dzia�alno�� Korporacji. Nie mog� zmieni� twoich zada�. Ale chc�, �eby� wiedzia�a, �e jestem po twojej stronie. Zr�b wszystko, co si� da. A ja do�o�� wszelkich stara�, aby� zosta�a w pe�ni i szczodrze wynagrodzona, tak jak tego oczekujesz. Wierz mi, Lurvy, masz na to moje s�owo".


    By� to dziwny list. I zarazem wyj�tkowo wzruszaj�cy. Lurvy zaskoczy�o to, �e Broadhead zna nawet jej przezwisko. W zasadzie nigdy nie poznali si� bli�ej. Kiedy wraz z rodzin� odbywali rozmowy w sprawie wyprawy do Fabryki Po�ywienia, parokrotnie spotkali Broadheada. Jednak ich stosunek by� taki, jak poddanego i monarchy. Przyja�� w og�le nie wchodzi�a w gr�. By� do�� mi�y i przyjacielski - multimilioner wysokich lot�w, raczej naturalny, z ostro�no�ci� wydaj�cy ka�dego dolara oraz bacz�cy na wyniki wszelkich przedsi�wzi��, w kt�rych uczestniczy. Nie odpowiada�a jej rola klienta przed kapry�nym potentatem finansowym.
    Szczerze m�wi�c, przychodzi�a na te spotkania z lekkim uprzedzeniem. S�ysza�a o Robinettcie d�ugo zanim mia� odegra� jak�� rol� w jej �yciu. Kiedy Lurvy lata�a statkami z Gateway, wzi�a raz udzia� w wyprawie w Tr�jce ze starsz� kobiet�, kt�ra kiedy� lecia�a z Gelle-Klar� Moynlin. Od tamtej kobiety Lurvy us�ysza�a opowie�� o ostatniej misji Broadheada, dzi�ki kt�rej sta� si� multimilionerem. Co� tam by�o nie tak. W tej wyprawie zgin�o dziewi�� os�b. Prze�y� tylko on. Jedn� z ofiar by�a Klara Moynlin, w kt�rej, wed�ug tej kobiety, Broadhead si� kocha�. By� mo�e pejoratywne uczucia Lurvy zabarwia�o jej w�asne do�wiadczenie z misji, kiedy zgin�a wi�ksza cz�� za�ogi. Ale nie potrafi�a si� im oprze�.
    Co prawda, w przypadku Broadheada s�owo „zgin�li" to niezbyt w�a�ciwe okre�lenie. Klara i pozostali utkn�li w czarnej dziurze i mo�e nadal tam s�, by� mo�e ci�gle �yj� uwi�zieni w spowolnionym czasie i mimo up�ywu tych lat, zaledwie par� godzin starsi.
    O co wi�c tak naprawd� chodzi�o Broadheadowi? Czy sugerowa� im, �eby odnale�li spos�b dotarcia do miejsca uwi�zienia Gelle-Klary Moynlin? Czy te� to, �e on sam go zna? Lurvy nie potrafi�a na to odpowiedzie�, ale po raz pierwszy pomy�la�a o swoim pracodawcy jak o istocie ludzkiej. Bardzo j� to wzruszy�o. Nie umniejsza�o strachu, ale poczu�a si� mo�e mniej samotna. Kiedy przynios�a ostatni� porcj� ta�my, �eby w pomieszczeniu Zmar�ych Paul nagra� je na du�ej szybko�ci i przekaza�, gdy b�dzie m�g� - zosta�a, by go obj�� i przytuli�, co go bardzo zdziwi�o.
    Kiedy Janine powr�ci�a z Wanem do pomieszczenia Zmar�ych, co� kaza�o jej, �eby si� porusza� cicho. Zajrza�a do �rodka, tak �e nikt jej nie s�ysza� i zobaczy�a, jak jej siostra i szwagier siedz� sobie wygodnie oparci o �cian�, jednym uchem s�uchaj�c ob��kanej gadki Zmar�ych i rozmawiaj�. Odwr�ci�a si�, po�o�y�a palec na ustach i odprowadzi�a Wana troch� dalej.
    - Wydaje mi si�, �e chc� by� sami - wyja�ni�a. - Poza tym, jestem zm�czona. Zr�bmy przerw�.
    Wan wzruszy� ramionami. Znale�li wygodne miejsce kilkana�cie metr�w dalej na skrzy�owaniu korytarzy i Wan zamy�lony usadowi� si� obok dziewczyny.
    - Czy oni kopuluj�? - spyta�.
    - O rety, Wan. Tobie tylko jedno w g�owie - ale nie by�a z�a i pozwoli�a mu si� przysi��� bli�ej, a� jego r�ka zaw�drowa�a na jej pier�. - We� �ap� - poleci�a �agodnie.
    Cofn�� d�o�.
    - Jeste� bardzo rozdra�niona - powiedzia� z kwa�n� min�.
    - Zejd� ze mnie - ale kiedy odsun�� si� par� milimetr�w, tym razem ona przysiad�a si� bli�ej. By�a bardzo zadowolona, �e ma na ni� ochot�, zupe�nie spokojnie wierz�c, �e je�li cokolwiek si� mia�o zdarzy� - bo pr�dzej czy p�niej tak b�dzie - to co� wydarzy si�, kiedy ona b�dzie tego chcia�a. Po prawie dw�ch miesi�cach przebywania z Wanem polubi�a go, a nawet zacz�a mu ufa�, reszta mog�a poczeka�. Na razie wystarcza�o jej, �e jego obecno�� sprawia jej przyjemno��.
     Nawet, gdy by� w z�ym humorze.
    - Nie starasz si� za bardzo - by� niezadowolony.
    - O Jezu, o co mam si� stara�?
    - Powinna� porozmawia� z Ma�ym Jimem - odpar� surowo. - On nauczy ci� lepszej taktyki w wy�cigu, jakim jest rozmna�anie. Mnie dok�adnie wyja�ni� ju� rol� m�sk�, wi�c jestem pewien, �e potrafi� stan�� na wysoko�ci zadania. Oczywi�cie, twoja rola jest inna. Tak naprawd�, najlepiej wyjdziesz na tym, je�li pozwolisz mi, bym z tob� kopulowa�.
    - To ju� m�wi�e�. Wiesz co, Wan? Za du�o gadasz.
    Zmieszany, milcza� przez chwil�. Nie m�g� si� obroni� przed takim zarzutem. Nawet nie wiedzia�, dlaczego to jest zarzut. Jedyn� form� wzajemnych kontakt�w, z jak� mia� do czynienia przez wi�ksz� cz�� swojego �ycia, by�a rozmowa. Przypomnia� sobie w my�lach wszystkie nauki Ma�ego Jima i twarz mu si� rozja�ni�a.
    - Ach wiem, chcesz si� wpierw ca�owa�.
    - Nie, nie chc� si� najpierw ca�owa�. I zdejmij to kolano z mojego woreczka ��ciowego. Pu�ci� j� niech�tnie.
    - Janine - zacz�� wyja�nia� - bliski kontakt jest w „mi�o�ci" niezb�dny. Odnosi si� to zar�wno do gatunk�w ni�szych, jak i do nas. Psy si� w�chaj�. Naczelne iskaj�, gdy zwijaj� si� wok� siebie. Nawet r�a wypuszcza p�dy w pobli�u doros�ej ro�liny - tak m�wi Ma�y Jim, chocia� sam nie uwa�a, �eby mia�o to jaki� wyd�wi�k seksualny. Ale ty, Janine, przegrasz w tym wy�cigu, je�li si� do tego nie przy�o�ysz.
    - Z kim mam niby przegra�? - zachichota�a. - Ze star�, martw� Henriett�? - Spojrza� na ni� gniewnie i zrobi�o jej si� go �al. Wyprostowa�a si�. - Masz jakie� wypaczone poj�cie o tym wszystkim - o�wiadczy�a, staraj�c si� m�wi� jak najmilszym g�osem. - Ostatni� rzecz�, na jak� mam ochot�, nawet je�li w ko�cu dojdzie do twojego cholernego kopulowania, jest to, �ebym wpad�a w takim miejscu.
    - Co znaczy „wpad�a"?
    - Zasz�a w ci���, wygrywaj�c ten cholerny wy�cig - wyja�ni�a. - Ju� w przedbiegach. Och, Wan! - westchn�a mierzwi�c mu czupryn� na czubku g�owy - w og�le nie wiesz, o co chodzi. Za�o�� si�, �e jeszcze ty i ja b�dziemy kopulowa� do szale�stwa, kiedy� tam, i mo�e nawet si� pobierzemy, czy ja wiem. I po prostu wygramy ten tw�j urojony wy�cig. Ale w tej chwili jeste�my par� g�wniarzy. Chyba nie chcesz si� rozmna�a�. Chcesz si� po prostu kocha�.
     - Tak, to prawda. Ale Ma�y Jim...
    - Mo�esz ju� nie wspomina� Ma�ego Jima? - wsta�a i chwil� na niego popatrzy�a. - Wiesz co? - powiedzia�a z czu�o�ci�. - Ja wracam do pomieszczenia Zmar�ych. Mo�e sobie p�jdziesz poczyta� troch�, �eby och�on�� z tego seksualnego napi�cia?
    - Co za g�upoty wygadujesz? Nie mam tu przecie� ani ksi��ek, ani nawet czytacza.
    - A wi�c id� do diab�a! Pow��cz si� troch�, mo�e ci to dobrze zrobi.
    Wan spojrza� najpierw na ni�, potem w d�, na swoj� �wie�o upran� sp�dniczk�. Nie by�o ju� wida� wybrzuszenia, ale za to rosn�c� plam� wilgoci.
    - Chyba ju� nie musz� - u�miechn�� si�.
    Kiedy wr�cili, Paul i Lurvy ju� si� tak nie tulili, ale Janine wyczu�a, �e byli wobec siebie nastawieni bardziej pokojowo ni� zwykle. Lurvy trudniej by�o wybada� co� na temat Wana i Janine. Popatrzy�a na nich uwa�nie, zastanowi�a si�, czy zapyta�, co robili, ale zrezygnowa�a. Paul w ka�dym razie by� bardziej zainteresowany tym, co w�a�nie odkryli.
    - Hej dzieciaki, pos�uchajcie tego - wykr�ci� numer Henrietty i poczeka�, a� p�aczliwy g�os odpowie wst�pne „s�ucham".
    - Kim jeste�? - spyta�.
    Tym razem g�os by� mocniejszy.
    - Jestem analogiem komputerowym - powiedzia� zdecydowanie. - Za �ycia nazywa�am si� Arnold Meacham z misji siedemdziesi�tej czwartej orbity dziewi�tnastego dnia. Uko�czy�am nauki �cis�e i uzyska�am magisterium na uniwersytecie Tulane. Prac� doktorsk� obroni�am na uniwersytecie w Pensylwanii; specjalizowa�am si� w astrofizyce. Po dwudziestu dwu dniach wyl�dowali�my na artefakcie, kt�rego mieszka�cy po kolei nas powy�apywali. W dniu �mierci mia�am trzydzie�ci osiem lat, czyli dwa lata mniej ni� - tu g�os si� za�ama� - ni� Doris Filgren, nasz pilot, kt�ra mia�a chyba romans z moim... moim m�em, i kt�ra... - g�os zacz�� szlocha� i Paul go wy��czy�.
    - Niedu�o tego, ale to bardzo wa�ne - powiedzia�. - Kochana Vera wyszpera�a par� informacji na temat Doris. Zreszt� nie tylko na jej temat. Wan, czy chcesz wiedzie�, jak nazywa�a si� twoja matka?
    Ch�opiec wpatrywa� si� w niego szeroko rozwartymi oczyma.
    - Moja matka? - pisn��.
    - Czy ktokolwiek inny, na przyk�ad Ma�y Jim. By� pilotem z Wenus, kt�ry dotar� na Gateway, potem tutaj. Nazywa si� James Cornwell. Willard uczy� angielskiego. Ukrad� pieni�dze uczni�w, �eby pokry� koszt lotu na Gateway - niewiele jednak z tego mia�, bo pierwsza podr� przywiod�a go tutaj. Komputery centralne napisa�y dla Very program pyta�, nad kt�rymi teraz pracuje. Wan, co si� sta�o?
     Ch�opiec obliza� wargi.
    - Jak si� nazywa�a moja matka? - powt�rzy�.
     - Och, przepraszam - Paul zreflektowa� si�, �e powinien by� bardziej delikatny. Nie zdawa� sobie sprawy, �e Wan si� tym tak przejmie. - Nazywa�a si� Elfega Zamorra. Ale wygl�da na to, �e nie ma jej w�r�d Zmar�ych. Nie wiem zreszt� dlaczego. A tw�j ojciec - to dopiero historia. Tw�j prawdziwy ojciec zmar�, zanim tu przyby�a. M�czyzna, o kt�rym opowiada�e�, to kto� inny, ale nie wiem, kto. Czy potrafi�by� to wyt�umaczy�? - Wan wzruszy� ramionami. - To znaczy, dlaczego twoja matka i ten ojczym, tak trzeba by go nazwa�, nie s� zaprogramowani w pami�ci?
    Wan roz�o�y� r�ce.
    Lurvy przysun�a si� bli�ej. Biedaczek! Wyczuwaj�c jego nastr�j, obj�a go ramieniem.
    - To musi by� dla ciebie szok - powiedzia�a. - Pewna jestem, �e dowiemy si� o wiele wi�cej. - Wskaza�a na bezu�yteczne magnetofony, kodowacze i procesory, kt�re wala�y si� po pustym do niedawna pomieszczeniu. - Przekazujemy wszystko, czego si� dowiadujemy, na Ziemi�.
    Popatrzy� grzecznie na ni�, a kiedy pr�bowa�a mu wyja�ni� z�o�ony proces przekazywania wiadomo�ci - jak systematycznie analizowano, por�wnywano, zestawiano i interpretowano ka�dy strz�pek informacji z Nieba Heech�w oraz Fabryki Po�ywienia, nie pomijaj�c nawet jednego bitu danych, bez wzgl�du na jego �r�d�o - grzecznie kiwa� g�ow�, cho� niewiele z tego rozumia�. Przerwa�a im dopiero Janine.
    - Och, dajcie mu spok�j. Rozumie dostatecznie dobrze - powiedzia�a rozs�dnie. - Pozw�lcie mu si� tylko z t� my�l� oswoi�. - Zacz�a grzeba� w pojemniku z racjami �ywno�ciowymi, szukaj�c p�askiej zielonej paczuszki. - A co tak piszczy?
    Paul pos�ucha� chwil�, potem rzuci� si� do sterty przyrz�d�w. Monitor pod��czony do przeno�nej kamery wydawa� ciche „bip, bip, bip"? Kln�c, odwr�ci� go tak, �eby wszyscy mogli widzie�.
     To by�a kamera, kt�r� zostawili przy krzaku jag�d, i kt�ra cierpliwie rejestrowa�a nie zmieniaj�c� si� od wielu dni sceneri�. Sygna� alarmowy mia�a nada� dopiero, kiedy wy�ledzi jaki� ruch.
    I wy�ledzi�a. Spode �ba patrzy�a na nich jaka� twarz.
    Lurvy przeszy� dreszcz strachu.
    - Heech - wyszepta�a.
    Ale je�li to by� rzeczywi�cie Heech, to jego twarz nie sugerowa�a, �e zawiera umys�, kt�ry m�g� podbi� galaktyk�. Istota ta, najprawdopodobniej w pozycji na czworaka, wpatrywa�a si� z niepokojem w kamer�. Za ni� znajdowa�o si� czterech czy pi�ciu podobnych osobnik�w. Twarz nie mia�a podbr�dka. P�askie czo�o gin�o pod zmierzwion� czupryn�. Twarz by�a bardziej ow�osiona ni� g�owa. Gdyby czaszka mia�a potylic�, by�aby podobna do czaszki goryla. Tak naprawd� przypomina�a do�� dok�adnie rekonstrukcj� wykonan� przez komputer pok�adowy na podstawie opisu Wana, ale by�a mniej u�adzona, bardziej zwierz�ca. Tyle �e to nie by�y zwierz�ta. Kiedy twarz przesun�a si� w jedn� stron�, Lurvy zobaczy�a, �e pozostali, kt�rzy obst�pili krzaczek jag�d, mieli na sobie co�, w co zwierz�ta spontanicznie by si� nie ubra�y. Ci tutaj byli ubrani. W tym, co mieli na sobie, mo�na by�o dostrzec nawet �lady mody - by�y to �aty przyszyte do tunik, co�, co przypomina�o tatua� na nagiej sk�rze, czy te� nawet sznur ostrych paciork�w na szyi jednej z istot.
    - By� mo�e nawet Heechowie mog� si� z czasem zdegenerowa� - zauwa�y�a Lurvy dr��cym g�osem. - A mieli du�o czasu.
    Obraz z kamery obr�ci� si�, zatracaj�c ostro��.
    - Do diab�a! - warkn�� Paul. - Nie zdegenerowali si� na tyle, �eby nie zauwa�y� kamery. Podni�s� j�. Wan, czy my�lisz, �e wiedz�, �e tu jeste�my?
    Ch�opiec wzruszy� ramionami, nie wykazuj�c wi�kszego zainteresowania.
    - Oczywi�cie, zawsze wiedz�. Tyle �e maj� to w nosie.
    Strach �cisn�� Lurvy za serce.
    - Sk�d wiesz? Sk�d wiesz, �e nie b�d� nas �ciga�?
    Obraz w kamerze przesta� skaka�. Starzec, kt�ry j� podni�s�, przekazywa� j� drugiemu. Wan rzuci� na niego okiem.
    - M�wi�em wam, oni prawie nigdy nie zagl�daj� do tej cz�ci niebieskiego. I nigdy do czerwonego, a do zielonego i tak nie warto zagl�da�, bo tam nic nie dzia�a. Nawet zbiorniki jedzenia i czytacze. Prawie zawsze przebywaj� w z�otym. Chyba �e zjedli wszystkie jagody i chc� wi�cej.
    Monitor sykn�� i obraz znowu zadr�a�. Zatrzyma� si� na chwil� na jednej z samic ss�cych palec, kt�ra po chwili wyci�gn�a z�owr�bnie r�k� w kierunku kamery. Kamera przesun�a si� i obraz znik�.
    - Paul, co zrobili? - zawo�a�a Lurvy.
    - Przypuszczam, �e j� rozwalili - odpar�, kiedy po pokr�ceniu wszystkimi ga�kami nie uda�o mu si� uzyska� z powrotem obrazu. - Mo�e warto by si� zastanowi�, co mamy zrobi�? Czy nie siedzimy tu ju� za d�ugo? Mo�e powinni�my pomy�le� o powrocie?
    Lurvy ju� o tym pomy�la�a. I pozostali te�. Jak najdelikatniej starali si� wypyta� Wana, ale ch�opiec uparcie twierdzi�, �e nie ma si� czego ba�. Starcy nigdy nie niepokoili go w korytarzach o �cianach po�y�kowanych czerwonym �wiat�em. Nigdy nie widzia� ich w zielonej cz�ci, cho� m�wi�c szczerze, sam rzadko tam zagl�da�. I rzadko w niebieskiej. Z pewno�ci� wiedzieli o obecno�ci ludzi - Zmarli zapewniali go, �e starcy maj� maszyny, kt�re potrafi� s�ucha� i �ledzi� wsz�dzie, o ile oczywi�cie nie s� zepsute. Po prostu niewiele ich to obchodzi�o.
    - Je�li nie p�jdziemy do z�otej cz�ci, nie b�d� nas niepokoi� - twierdzi� z przekonaniem. - Chyba, �e sami stamt�d wyjd�.
    - Wan - warkn�� Paul. - Sam nie wiesz, jak mnie twe s�owa uspokajaj�.
    Ch�opiec nie potrafi� jednak wyrazi� w inny spos�b, �e niebezpiecze�stwo jest niedu�e.
    - Cz�sto chodz� do z�otego korytarza dla zabawy - pochwali� si�. - I po ksi��ki. I nigdy mnie nie z�apali.
     - A je�li Heechowie dla zabawy lub po ksi��ki przyjd� tutaj? - spyta� Paul.
    - Ksi��ki? A co im po ksi��kach? Po jagody to rozumiem. Czasami je�d�� maszynami. Ma�y Jim m�wi, �e one reperuj� to, co si� zepsuje. Ale rzadko. I maszyny nie zawsze dobrze dzia�aj�, a w�a�ciwie cz�ciej s� popsute, ni� dzia�aj�. Poza tym, s�ycha� je ju� z daleka.
    Siedzieli przez chwil� w milczeniu, przygl�daj�c si� sobie nawzajem.
    - Ja my�l�, �e powinni�my zrobi� tak - odezwa�a si� po chwili Lurvy. - Przeznaczmy tydzie� na pobyt tutaj. To nie b�dzie chyba za du�o, co? Zosta�o nam, ile Paul? Pi�� kamer. Rozmie�cimy je w r�nych punktach, nastawimy tak, �eby rejestrowa�y, co si� dzieje i zostawimy je. Mo�e nam si� uda ukry� je tak, �eby Heechowie ich nie znale�li. Zbadamy wszystkie czerwone korytarze, poniewa� s� bezpieczne, i tyle niebieskich i zielonych, ile zdo�amy. Pobierzemy pr�bki, zrobimy zdj�cia - chc� przyjrze� si� tym maszynom, kt�re dokonuj� napraw. Wtedy zobaczymy, ile nam zosta�o czasu. I podejmiemy decyzj�, czy i�� do z�otego sektora.
    - Ale nie d�u�ej ni� tydzie�, licz�c od dzisiaj - powt�rzy� Pau�, bez �adnego podtekstu. Upewnia� si� tylko, czy dobrze zrozumia�.
    - Nie d�u�ej - przyzna�a Lurvy, a Janine i Wan skin�li g�ow�.
    Ale czterdzie�ci osiem godzin p�niej i tak znale�li si� w z�otym sektorze.
    Postanowili zainstalowa� now� kamer� na miejsce tej rozwalonej, wi�c ca�a czw�rka powr�ci�a do skrzy�owania trzech korytarzy, gdzie r�s� krzak ogo�ocony z dojrza�ych owoc�w. Wan dotar� tam r�wnocze�nie z Janine, kt�ra natychmiast spostrzeg�a szcz�tki kamery.
    - Rzeczywi�cie j� rozwalili - dziwi�a si�. - Nie m�wi�e�, �e s� tacy silni. Wan, sp�jrz. Czy to krew?
    Paul wyrwa� jej kamer� z r�ki i obracaj�c j� ze zdziwieniem spogl�da� na czarny pasek wzd�u� kraw�dzi.
    - Wygl�da na to, �e starali si� j� otworzy�. Mnie chyba go�ymi r�koma co� takiego by si� nie uda�o. Heech musia� si� po�lizgn�� i skaleczy�.
    - Owszem, s� do�� silni - mrukn�� Wan mimochodem. - Ale kamera nie przyci�ga�a jego uwagi. Patrzy� wzd�u� d�ugiego z�otego korytarza w�sz�c w powietrzu, bardziej nastawiaj�c ucha na odleg�e d�wi�ki, ni� s�uchaj�c pozosta�ych.
    - Zaczynam si� denerwowa�, kiedy tak patrz� na ciebie - zauwa�y�a Lurvy. - S�yszysz co�?
    - Najpierw ich czu�, a potem dopiero s�ycha�. Ale nie - nic nie czuj�. Nie ma ich w pobli�u. Ja si� nie boj�. Cz�sto tu przychodz�, �eby wzi�� ksi��ki, czy popatrze� sobie, co te� wyprawiaj� Starcy.
    - Wyobra�am sobie - powiedzia�a Janine odbieraj�c kamer� od Paula, podczas gdy on szuka� miejsca, w kt�rym m�g�by schowa� nast�pn�. Nie by�o to takie proste. Wn�trza Heech�w s� do�� surowe.
    Wan zje�y� si� s�ysz�c jej lekcewa��cy ton.
    - Doszed�em tym korytarzem a� tam, sk�d nie wida� tego miejsca - che�pi� si�. - Nawet miejsce z ksi��kami jest daleko. Widzicie? Kilka le�y na korytarzu.
    Lurvy spojrza�a tam, ale nie by�a pewna, co Wan ma na my�li. Kilkadziesi�t metr�w dalej le�a�a sterta b�yszcz�cych rupieci, ale to nie by�y ksi��ki.
    - Tyle m�wisz o tych swoich ksi��kach - zauwa�y� Paul, odrywaj�c kawa�ek ta�my klej�cej, �eby umocowa� kamer� jak najwy�ej na �cianie. - Widzia�em je. „Moby Dick", „Don Kichot". Co by Heechowie robili z takimi ksi��kami?
    Wan obruszy� si� dotkni�ty.
    - G�upi jeste�. To s� tylko ksi��ki, kt�re dali mi Zmarli. Ale to nie s� prawdziwe ksi��ki. Prawdziwe le�� tam.
    Janine spojrza�a na niego z zaciekawieniem, potem przesz�a kilka krok�w korytarzem.
    - To nie ksi��ki! - krzykn�a przez rami�.
    - Ale� tak! M�wi�em ci ju�.
    - Sk�d�e, sam lepiej zobacz! - Lurvy ju� otworzy�a usta, �eby j� zawo�a�, zawaha�a si�, lecz po chwili pod��y�a za nimi. Korytarz by� pusty, a Wan nie wydawa� si� mniej pewny siebie, ni� dotychczas. Kiedy znalaz�a si� w p� drogi do b�yszcz�cej sterty, rozpozna�a, na co patrzy i szybko do��czy�a do Janine, by podnie�� jeden z przedmiot�w.
    - Wiemy, co to jest - powiedzia�a. - To wachlarze modlitewne Heech�w. Mamy ich na Ziemi ca�e setki.
    - Nie, nie - zaczyna� si� z�o�ci�. - Dlaczego uwa�asz, �e k�ami�?
    - Nie m�wi�, �e k�amiesz - rozwin�a to co�. Przypomina�o zw�aj�cy si� ku do�owi rulon plastiku. �atwo si� otwiera�, ale jak tylko go puszcza�a, zamyka� si� z powrotem. By� to najcz�ciej spotykany artefakt kultury Heech�w, mn�stwo znaleziono ich w opuszczonych tunelach na Wenus. Poszukiwacze z Gateway przywozili wachlarze z ka�dej udanej misji. Nikt nigdy nie odkry�, do czego s�u�y�y Heechom, a czy nazwa, kt�r� im nadano, jest w�a�ciwa - wiedz� tylko Heechowie. - To s� „wachlarze modlitewne".
    - Ale� nie! - krzykn�� z�y, wyrywaj�c jej to co� z r�ki i wchodz�c do pomieszczenia. - Nie s�u�� do modlitwy, ale do czytania. - O, tak. - Zacz�� wk�ada� zw�j do umieszczonego na �cianie urz�dzenia w kszta�cie tulipana, przyjrza� mu si� i odrzuci�. - Ta jest do niczego - mrukn��, grzebi�c w le��cej na pod�odze stercie wachlarzy.
    - Chwileczk�. Ta te� nie jest dobra, ale da wam wyobra�enie o tym, jak to wygl�da - wsun�� zw�j do lejka. Da�o si� s�ysze� cichutki szum elektronicznych szept�w, a potem tulipan i zw�j znikn�y. Otoczy� je kolorowy ob�ok w kszta�cie jaja, kt�ry przybra� form� zszytej ksi��ki, otwartej na stronie z wertykaln� lini� ideogram�w. Metaliczny g�os - ludzki g�os o wysokiej tonacji zacz�� co� szybko deklamowa�.
    Lurvy nie rozumia�a s��w, ale po dw�ch latach pobytu na Gateway sta�a si� kosmopolitk�.
    - To jest chyba japo�ski - by�a zaskoczona. - Brzmi jak haiku. Wan, na co Heechom ksi��ki po japo�sku?
    - To nie s� tak naprawd� Stare Ksi�gi - odpar� Wan tonem wy�szo�ci. - To tylko kopie innych ksi��ek. Wszystkie dobre ksi��ki s� w�a�nie takie. Ma�y Jim twierdzi, �e tak w�a�nie wygl�daj� wszystkie ta�my i ksi��ki Zmar�ych, wszystkich Zmar�ych, nawet takich, kt�rych tu nie ma. Czytam je bez przerwy.
    - O Bo�e! - westchn�a Lurvy. - Tyle razy mia�am co� takiego w r�ku i nie wiedzia�am do czego s�u�y!
    Paul zadziwiony pokiwa� g�ow�. Si�gn�� w kierunku b�yszcz�cego przedmiotu i wyci�gn�� wachlarz z tulipana. Da� si� bardzo �atwo wyj�� - obraz znik�, a g�os urwa� si� w p� s�owa. Paul obraca� rulon w r�kach.
    - Daj� za wygran� - powiedzia�. - Ka�dy naukowiec na �wiecie pr�bowa� sobie z tym poradzi�. Jak to mo�liwe, �e nikt nie wpad� na to, co to jest?
    Wan wzruszy� ramionami. Ju� nie by� z�y, cieszy� si�, �e m�g� pokaza� tym ludziom, �e wie wi�cej od nich.
    - Mo�e oni te� s� g�upi. A mo�e mieli te, kt�rych nikt nie potrafi zrozumie� - doda� po chwili wspania�omy�lnie. - Z wyj�tkiem by� mo�e Starc�w, je�li w og�le przysz�o by im do g�owy je przeczyta�.
    - Masz takie gdzie� pod r�k�? - spyta�a Lurvy.
    - Nigdy si� nimi nie zajmowa�em - wzruszy� ramionami rozdra�niony. - Ale skoro mi nie wierzycie... - Pogrzeba� w stercie z min� wyra�nie m�wi�c�, �e trac� czas na rzeczy, kt�re on ju� zbada� i oceni� jako ma�o interesuj�ce. - Tak, to chyba jedna z nich.
    Kiedy w�o�y� j� do tulipana, wy�wietlony hologram by� jaskrawy i zaskakuj�cy. Tak trudny do odczytania, jak gra barw na pulpicie statku Heech�w. A nawet trudniejszy. Przedziwne, oscyluj�ce linie skr�ca�y si� wok� siebie, rozdziela�y w smudze barw, a potem na powr�t schodzi�y. Je�li by� to j�zyk pisany, tak si� mia� do jakiegokolwiek europejskiego alfabetu, jak pismo klinowe. R�nica mo�e by�a nawet jeszcze wi�ksza. Wszystkie j�zyki �wiata maj� chocia�by to do siebie, �e prawie wszystkie s� przedstawiane przez symbole na g�adkiej powierzchni. A ten mo�na by�o odbiera� tr�jwymiarowo. I towarzyszy� mu jakby przerywany bzyk komara - jak telemetria, kt�r� przez pomy�k� odbierali w kieszonkowym radiu. Tak naprawd� by�o to przera�aj�ce.
     - Wydawa�o mi si�, �e wam si� to spodoba - zauwa�y� Wan z�o�liwie.
    - Wy��cz to - poprosi�a Lurvy. - Chcemy zabra� tego, ile si� da - doda�a po chwili energicznie. - Paul zdejmij koszul�. Za�aduj jak najwi�cej wachlarzy i zabierz to wszystko z powrotem do pomieszczenia Zmar�ych. Zabierz te� star� kamer�; niech j� zbada bioanalizator, mo�e mu si� uda sprawdzi�, czy to nie jest krew Heech�w.
    - A co ty zamierzasz zrobi�? - spyta� Paul. Ale ju� �ci�gn�� bluz� i zacz�� w ni� �adowa� b�yszcz�ce „ksi��ki".
    - Zaraz przyjdziemy. Id� ju�, Paul. Wan? Jak potrafisz odr�ni� te, kt�re ci� interesuj�?
    - Oczywi�cie. S� znacznie starsze, czasami maj� troch� od�amane kraw�dzie, jak na przyk�ad to, widzisz?
    - W porz�dku. Wy te� zdejmijcie bluzy, tak �eby zrobi� z nich torby. No, dalej. Wstydzi� si� b�dziemy kiedy indziej - powiedzia�a zdejmuj�c kombinezon. Zosta�a w staniku i majteczkach, zawi�zuj�c r�kawy i nogawki kombinezonu. Obliczy�a, �e mo�e si� tam zmie�ci� przynajmniej pi��dziesi�t czy sze��dziesi�t wachlarzy. I razem z tunik� Wana i sukienk� Janine byli w stanie zabra� co najmniej po�ow� tych przedmiot�w. A to wystarczy a� nadto. Nie b�dzie zach�anna. W Fabryce Po�ywienia by�o ich du�o wi�cej - pewnie przywiezione przez Wana, czyli najprawdopodobniej takie, kt�re m�g� zrozumie�.
    - Czy w Fabryce te� znajduj� si� czytacze?
    - Oczywi�cie - odpar�. - Inaczej po co by mi by�y ksi��ki? - Ze z�o�ci� sortowa� wachlarze, mrucz�c co� do siebie, kiedy przerzuca� najstarsze, „bezu�yteczne", do Janine i Lurvy
    - Zimno mi - poskar�y� si�.
    - Wszystkim nam zimno. Dlaczego nie nosisz stanika, Janine? - spojrza�a na siostr� z niezadowoleniem.
    - Nie zamierza�am si� rozbiera� - odpar�a dotkni�ta. - Wan ma racj�. Tu jest zimno.
    - Jeszcze tylko chwilk�. Po�piesz si�, Wan. Pom� mu, Janine. Musimy jak najszybciej wybra� ksi��ki Heech�w.
    Zape�nili ju� prawie ca�y kombinezon Lurvy i Wan, kt�ry zosta� tylko w sp�dniczce, nachmurzony i obra�ony, �adowa� teraz wachlarz w swoje ubranie. Lurvy zacz�a kombinowa�, jak by tu zapakowa� kilkana�cie w jego sp�dniczk�. Mia� przecie� pod spodem spodenki. Ale i tak wszystko sz�o dobrze. Paul zabra� ju� przynajmniej trzydzie�ci lub czterdzie�ci. W jej kombinezon mog�o si� zmie�ci� z siedemdziesi�t. No, a je�li si� zdecyduj�, mog� przecie� kiedy� wr�ci� po reszt�.
    Lurvy uwa�a�a, �e pewnie tak nie zrobi�, bo nie nale�y przesadza�. Bez wzgl�du na to, co mog� jeszcze znale�� w Niebie Heech�w, odkryli jeden bezcenny fakt - okaza�o si�, �e wachlarze modlitewne to ksi��ki! Skoro dowiedzieli si� a� tyle, batalia by�a prawie wygrana. Naukowcom na pewno uda si� je odczyta�. A je�li nie, to w Fabryce Po�ywienia znajduj� si� czytacze. W najgorszym przypadku mogli odczyta� ka�dy wachlarz w jakie� ko�c�wce Very, zakodowa� d�wi�k oraz obraz i przekaza� to wszystko na Ziemi�. Mo�e nawet uda�oby im si� wymontowa� ze �ciany sam czytacz i zabra� go ze sob�... Lurvy nie mia�a w tym momencie najmniejszych w�tpliwo�ci, �e kiedy� tu wr�c�. Je�li nie uda im si� ruszy� Fabryki, zostawiaj�. Nikt nie b�dzie mia� im tego za z�e. I tak zrobili du�o. Je�li trzeba b�dzie zrobi� co� jeszcze, w ich �lady p�jd� inne wyprawy, ale tymczasem... Przywioz� bogatsze �upy ni� jakakolwiek inna ekipa poszukiwawcza od chwili odkrycia samej Gateway. Zostan� odpowiednio wynagrodzeni - co do tego nie ma w�tpliwo�ci - mia�a na to nawet osobiste s�owo Robinette'a Broadheada. Po raz pierwszy od czasu, kiedy wystartowali z Ksi�yca, Lurvy pomy�la�a o sobie nie jak o kim�, kto walczy o nagrod�, lecz jak o kim�, kto wygra�. A jaki szcz�liwy b�dzie ojciec!
    - Wystarczy - powiedzia�a, pomagaj�c Janine z�apa� rozsypuj�cy si� worek z wachlarzami. - Zanie�my je prosto na statek.
    Janine przycisn�a niepor�czny t�umok do swych niewielkich piersi i woln� r�k� podnios�a jeszcze kilka sztuk.
    - M�wisz, jakby�my mieli wraca� - zauwa�y�a.
    - Mo�e i wracamy - u�miechn�a si� Lurvy.
    - Oczywi�cie, b�dziemy musieli jeszcze odby� narad�, �eby podj�� ostateczn� decyzj�. Co si� dzieje, Wan?
    Sta� przy drzwiach, trzymaj�c pod pach� koszul� pe�n� wachlarzy. Wygl�da� na przera�onego.
    - Za d�ugo zwlekali�my - szepn��, zerkaj�c wzd�u� korytarza. - Przy krzaku s� jacy� Starcy.
    - Och, nie! - Lurvy ostro�nie wyjrza�a. To by�a prawda, stali tam, wpatruj�c si� w kamer�, kt�r� Paul umocowa� na �cianie. Jeden ze starc�w si�gn�� po ni� i bez trudu zdj��.
    - Wan, czy jest st�d jakie� inne wyj�cie?
    - Tak, przez z�ote korytarze, ale... - jego nos pracowa�.
     - Wydaje mi si�, �e tam te� s�. Czuj� ich, tak, nawet ich s�ycha�. - To prawda. Z miejsca, w kt�rym korytarz zakr�ca�, dochodzi� do Lurvy cichy odg�os soczystego, smakowitego mlaskania.
    - Nie mamy wyboru - zadecydowa�a. - Tam, sk�d przyszli�my, jest ich tylko dw�ch. Postaramy si� przebi� przez zaskoczenie. Chod�cie! - Pop�dzi�a ich przed sob�, ci�gle jeszcze trzymaj�c ta�my, Heechowie s� silni, ale Wan m�wi�, �e ruszaj� si� wolno. Je�li b�d� mieli troch� szcz�cia...
    Ale szcz�cie im nie sprzyja�o. Kiedy dotarli na otwart� przestrze�, zobaczyli, �e by�o ich wi�cej ni� dw�ch - sze�cioro. Stali u wylot�w innych korytarzy i patrzyli w ich stron�.
     - Paul! - zawo�a�a do kamery. - Z�apali nas! Wsiadaj na statek i je�li nie uda nam si� uciec... - Nie zd��y�a powiedzie� nic wi�cej, bo ju� j� mieli. Rzeczywi�cie byli bardzo silni!
    Ci�gn�li ich przez kilka poziom�w, ka�dego z nich prowadzi�o dw�ch Starc�w. Bezdusznie co� do siebie szczebiotali, ignoruj�c ich pr�by wyswobodzenia si� i krzyki. Wan nic nie m�wi�.
    Pozwoli�, �eby go ci�gn�li do wrzecionowatej konstrukcji, gdzie czeka� nast�pny tuzin Starc�w - za nimi sta�a nieruchomo olbrzymia, niebiesko pod�wietlona maszyna. Czy Heechowie sk�adali ofiary? Czy przeprowadzali eksperymenty na je�cach? Lurvy rozwa�a�a ka�de z tych interesuj�cych pyta�, ale na �adne nie mog�a znale�� odpowiedzi. Jeszcze si� nie ba�a. Jej uczucia nie nad��a�y za faktami - tak niedawno pozwoli�a sobie na poczucie triumfu. Musi min�� troch� czasu, zanim zda sobie spraw�, �e ponios�a kl�sk�.
    Starcy �wiergotali co� do siebie, pokazuj�c gestami na wi�ni�w, korytarze, ogromn�, cich� maszyn�, przypominaj�c� czo�g bez dzia�a. Koszmar! Lurvy nic nie mog�a wywnioskowa� z ich gest�w, cho� sytuacja by�a oczywista. Po paru chwilach paplaniny wepchni�to ich do pomieszczenia, w kt�rym - co dziwne - znale�li do�� znajome przedmioty. Kiedy drzwi si� zamkn�y, Lurvy zacz�a w nich grzeba� - ubrania, szachy, wysuszone racje �ywno�ciowe... W nosku jednego z but�w tkwi� gruby zwitek banknot�w, ponad �wier� miliarda brazylijskich dolar�w, jak jej si� wydawa�o. Nie byli wi�c pierwszymi je�cami. Ale nigdzie nie znalaz�a nawet �ladu broni. Odwr�ci�a si� do Wana, bladego i dr��cego.
    - Co teraz b�dzie? - zapyta�a.
    Pokr�ci� g�ow� jak Starzec. Sta� go by�o tylko na tak� odpowied�.
    - M�j ojciec... - zacz�� i musia� prze�kn�� �lin�, zanim m�g� m�wi� dalej. - Raz z�apali mojego ojca i potem pu�cili, ale chyba nie zawsze idzie tak g�adko, bo ojciec przestrzega� mnie, �ebym nigdy nie da� si� z�apa�.
    - Przynajmniej Paulowi si� uda�o. Mo�e... da rad� sprowadzi� pomoc - zacz�a Janine, ale urwa�a, bo nie spodziewa�a si� odpowiedzi. Jakakolwiek nadzieja zakrawa�a na czyst� fantazj�, bior�c pod uwag�, �e ka�dy ziemski statek potrzebowa�by czterech lat, �eby dotrze� do Fabryki Po�ywienia. Je�li jaka� pomoc nadejdzie, to na pewno nie szybko. Zacz�a przegl�da� stare ubrania. - Przynajmniej mamy co na siebie w�o�y�. Chod�, Wan, ubierz si�.
    Lurvy posz�a za jej przyk�adem, lecz przystan�a s�ysz�c dziwny odg�os, jaki wyda�a siostra. To by� prawie �miech.
    - Co ci� tak �mieszy? - warkn�a. Janine, zanim odpowiedzia�a, w�o�y�a na siebie sweter. By� za du�y, ale ciep�y.
    - W�a�nie pomy�la�am sobie o instrukcjach, kt�re do nas dotar�y. „Zdoby� pr�bki tkanek Heech�w". No i wysz�o na to, �e oni maj� pr�bki naszego cia�a. Nas wszystkich!



Strona g��wna     Indeks